Warszawska przygoda

Ostatni weekend był dla mnie bardzo intensywny, co przełożyło się na niską aktywność na blogu. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Piątek, sobotę i niedzielę mogę śmiało zaliczyć do najlepiej spędzonych dni w moim życiu. Co się działo? Zapraszam do lektury. 



Ten wyjazd planowałyśmy już od dawna. W końcu jednak udało nam się dograć termin, wynająć mieszkanie i kupić bilety do stolicy. Cztery zwariowane na punkcie treningów dziewczyny przyjechały z różnych końców Polski, aby się spotkać, zmęczyć razem, pogadać i pozwiedzać. Emilia z Olsztyna (emilia.bialek na blogu TUTAJ pisała o swojej metamorfozie), Weronika (ikulaaa) z Sosnowca oraz Ewelina (eiweeg) z okolic Żywca. Mogłabym powiedzieć, że był to babski wyjazd, gdyby nie obecność mojego Jacka, który logistycznie sprawdzał nam połączenia w najdalsze zakątki Warszawy oraz Dawida, który na każdym kroku dbał o pamiątki z wyjazdu, robiąc miliony zdjęć.



Ekipa zebrała się w Warszawie już w czwartek po południu, ja z Jackiem jednak jako pracujący studenci, dojechać mogliśmy dopiero w piątek rano. Niezawodne pociągi nocne sprawdziły się także tym razem. Spakowani o północy wyruszyliśmy na dworzec, aby następnego dnia obudzić się już w stolicy.



O 5:00 rano zameldowaliśmy się w mieszkaniu. Szybkie jedzonko, kawa i zbieranie się na trening. Energii jakoś mi nie brakowało mimo ogromnego deficytu snu. O 7:15 byliśmy już zwarci i gotowi w Be Active, czyli studiu Ewy Chodakowskiej. Poranny trening poprowadził Dawid Krakowiak. Świetna atmosfera i mnóstwo dobrej energii z samego rana! Po treningu po raz kolejny usiedliśmy przy stole. Jak wiadomo, po treningu kalorie trzeba uzupełnić. Kolejnym punktem wyjazdu była wizyta w Muzeum Powstania Warszawskiego. Byłam tam po raz drugi i całość zrobiła na mnie po raz kolejny ogromne wrażenie, chociaż szczególną miłośniczką historii nie jestem.



Oprócz atrakcji zaplanowane mieliśmy także restauracje, które koniecznie chcemy odwiedzić. Pierwszego dnia zdecydowaliśmy się na Aioli. Świetna atmosfera, pyszne steki, świetny melonowy chłodnik i limonkowo-bazyliowa lemoniada. Polecam z całego serca!



Najedzeni i szczęśliwi ruszyliśmy po kolejne przygody. Chcieliśmy wykorzystać wyjazd maksymalnie. Fakt, że studio Be Active otwarte jest tylko od poniedziałku do piątku zmotywował nas do uczestnictwa w drugim treningu o godz. 18:00. Tym razem Piotrek Karwat zmasakrował nasze nogi i pośladki tak, że czułam je jeszcze w poniedziałek.



Szczerze mówiąc niewiele pamiętam z piątkowego wieczoru. Wiem, że zjadłam kolację i chyba od razu zasnęłam. Nieprzespana noc dała mi się we znaki. Oprócz dwóch treningów kilkanaście kilometrów spaceru po stolicy wyssało ze mnie resztki mocy i po prostu musiałam odespać.

W sobotę wstaliśmy pełni nowej energii do działania. Plany były następujące: Stare Miasto, Park Saski, Złote Tarasy oraz nocny wjazd na taras widokowy Pałacu Kultury i Nauki. Wszystko udało się zrealizować. Na obiad tym razem wpadła sałatka z Restauracja Słoik. Ja starałam się trzymać fitność wyjazdu, a Jacek wszamał tradycyjny, polski obiad ze schabowym na 2/3 talerza, pieczonymi ziemniaczkami i zasmażaną kapustą.



Wieczorny wjazd na Pałac Kultury i Nauki to było dopiero przeżycie! Zachodzące nad stolicą słońce, mnóstwo świateł i wieczorna panorama to coś naprawdę wartego zobaczenia. To była ostatnia atrakcja. Każdy  wiedział, co czeka nas w niedzielę, więc nie było mowy o żadnym imprezowaniu.


Planując ten wyjazd liczyłyśmy na to, że może uda nam się złapać i uściskać z Ewą podczas zajęć w studio. Tak się niestety nie stało. Kilka dni przed wyjazdem Weronika znalazła informację na tematu treningu otwartego na Powiślu, organizowanego przez Stację Mercedes oraz Be Active. To była najcudowniejsza wiadomość, jaką mogliśmy usłyszeć! Ewa kilkanaście godzin później także zamieściła ją na swoim profilu. Termin wyjazdu wstrzeliłyśmy więc idealnie w najlepszą z możliwych atrakcji- trening otwarty. W takich warunkach co prawda nie miałam jeszcze okazji ćwiczyć. Bez maty, na wyschniętej trawie i nierównym terenie. Nieważne gdzie, ważne, że na 100 %. Z trzech zaplanowanych treningów brałyśmy udział w dwóch- z Ewą Chodakowską i Piotrkiem Karwatem. Na Tomka Choińskiego nie starczyło nam już czasu, gdyż dużo wcześniej poplanowaliśmy powroty do domu. Nikt nie spodziewał się, że Ewa szykuje taką niespodziankę! Nie obyło się oczywiście bez zdjęć, chwili rozmowy i motywującego przytulasa. Energia na takich treningach jest po prostu wspaniała. Piękna sprawa!




Po południu nadszedł czas rozstania. Zjedliśmy ostatni wspólny obiadek i ruszyliśmy w stronę dworca. Każdy swoim pociągiem odjechał w swoim kierunku. To, co dobre, szybko się kończy.



Dziękuję Wam za wspaniały czas. Wiem, że na pewno prędzej czy później powtórzymy ten wyjazd i być może będzie jeszcze lepiej niż tym razem? Na to liczę! Wspólna pasja łączy, a znajomości zawarte przez portale społecznościowe mogą być naprawdę bardzo wartościowe i trwałe. Trzeba tylko odpowiednio je pielęgnować. Raz jeszcze DZIĘKUJĘ za kilka cudownych dni!

Buziak ;*

REWOLUCJA Ewy Chodakowskiej- recenzja

Recenzja tej płyty jest chyba najbardziej wyczekiwanym wpisem przez niektóre z Was. Mam rację? Cieszę się, że cenicie moją opinię i chętnie czytacie oceny programów. Nowa płyta Ewy Chodakowskiej- nowy post. Miłej lektury! 


Wczoraj po porannej wizycie na siłowni i maksymalnym skatowaniu do drzwi zapukał kurier. Wiedziałam co skrywa się w kopercie. Wiedziałam też, że odłożenie programu na półkę to nie moja bajka. Postanowiłam zrobić go wieczorem, tak też się stało. Ciekawość wygrała ze zdrowym rozsądkiem (bo co za dużo, to nie zdrowo). W całą akcję wciągnęłam Jacka, któremu nie pozwoliłam robić innego treningu. Czekał na mnie cierpliwe i po powrocie z pracy stanęliśmy do walki.

www.bebio.pl


Rewolucja to pierwszy program treningowy, który został zaprojektowany z myślą o konkretnych, problematycznych strefach. Trening stworzony dla kobiet i dla mężczyzn! Wystarczy już 10 minut treningu dziennie! Rewolucja zagwarantuje Ci: smukłe uda, płaski brzuch, pośladki i uda bez cienia cellulitu, koniec z oponką, silne ramiona, grzbiet i klatkę piersiową.
Taki opis możemy przeczytać na odwrocie opakowania. W programie znajdziemy 75 różnych ćwiczeń, których kombinacje naprawdę zaskakują. Szczerze mówiąc ćwiczeń typowych dla Ewy jest bardzo mało. Jeżeli nudzą Was dotychczasowe kompilacje, spróbujcie koniecznie. Powiew świeżości gwarantowany.  Na płycie znajdziemy 5 różnych treningów, każdy trwający dziesięć minut i skupiający się na innej partii ciała. Oprócz tego oczywiście rozgrzewka (która sama w sobie bardzo mi się spodobała) i rozciąganie.

Dziesięciominutowe zestawy składają się albo z 20 różnych ćwiczeń powtórzonych raz lub z 10 powtórzonych dwa razy. Każde rozliczane jest na czasie, nie na ilości powtórzeń. Prawie wszystkie pokazywane są w dwóch wersjach- dla początkujących i dla zaawansowanych. Spodobało mi się to, że Ewa za każdym razem nie pokazuje i nie omawia obu wersji. Od początku robi swoje, a wersję podstawową możemy zobaczyć w małym okienku na górze ekranu. Dwa ostatnie treningi Ewa wykonuje razem z Patrykiem Puczyłowskim, trenerem studia Be Active. Pewnie kojarzycie go z warsztatów, albo Huraganu Tomka Choińskiego. Zestawy te dedykowane są kobietom i mężczyznom (Jacek zrobił jednak ze mną cały trening). Patryk za każdym razem robi wersję męską ćwiczeń (trudniejszą), a Ewa delikatnie zwalnia tempo i pokazuje ćwiczenia łatwiejsze. Część robiłam tak, część tak. Próbowałam obu wersji. Fakt, że Ewa robi wersję podstawową naprawdę dodał mi motywacji. Jest tak samo zmęczona, spocona i zadowolona jak ja, ale nie odpuszcza. Ja też nie mogę.

Wspomniałam już, że nowe kombinacje ćwiczeń przypadły mi do gustu, bo różnią się po prostu od tych znanych z programów Ewy. Chociaż każda dzisięciominutówka angażuje do pracy inną strefę, nie czujemy tylko zmęczenia konkretnych mięśni. Osobiście miałam wrażenie, że cały czas wykonuję ogólny trening. Przeplatają się ćwiczenia cardio z ćwiczeniami wzmacniającymi, dzięki temu zestaw ten możemy zaliczyć do treningu interwałowego, przeprowadzanego na zmiannym tempie. Zapewnia to maksymalne spalanie tkanki tłuszczowej.  Mi taka forma podoba się o wiele bardziej. Trening na pośladki to nie tylko wykroki, przysiady czy machanie nogą w klęku, a trening na brzuch to nie tylko różne kombinacje brzuszków. Jeżeli niemiło wspominacie pośladki z Sukcesu (recenzja- klik) to mimo wszystko nie obawiajcie się Rewolucji.

Trochę obawiałam się tego treningu ze względu na poprzednie, nowsze płyty Ewy. Każda na początku odbierała mi oddech. HIIT z Sukcesu dalej jest zestawem znienawidzonym. Bikini pokochałam po kilku razach, a Rewolucji się trochę obawiałam. Niepotrzebnie. To na pewno kwestia indywidualna, ale na moim blogu wypada mi wyrazić moje zdanie. Według mnie najnowsza płyta Ewy jest łatwiejsza i bardziej przystępna niż poprzednie. Każdy może spokojnie spróbować. Jak nie wersji zaawansowanej, to podstawowej.

Rozdział treningu na 5 mniejszych części sprawia, że całość przebiega bardzo sprawnie. Te 50 minut z rozgrzewką mija naprawdę błyskawicznie. Możesz zrobić całość, możesz wybrać poszczególne zestawy i skomponować własny trening. Świadomość, że kolejny fragment ma zaledwie 10 minut motywuje do przedłużenia treningu i małej walki ze sobą. Moim zdaniem bomba!

Jeżeli chodzi o trenerkę to jest naprawdę bardzo naturalna, serdeczna. Kiedy do akcji wszedł Patryk miałam wrażenie, że żadne kwestie nie były ustalane, program był nagrywany naprawdę na żywo, bez cięć, poprawek, powtórek. To bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Pamiętam stare programy, od których zaczynałam. Każde słowo było odpowiednio dobrane, wyartykułowane. A tutaj? Pełen spontan.

Tak jak w poprzednich recenzjach- o studiu (które tak na marginesie bardzo mi się spodobało) oraz muzyce mówić nie będę. Kwestia bardzo indywidualna. Mi odpowiada, nie przeszkadza w skupieniu na treningu.

Pewnie pojawi się mnóstwo pytań o poziom trudności. Powtórzę raz jeszcze (z ręką na sercu)- moim zdaniem ten program naprawdę nie jest szalenie trudny. Wymaga uwagi, poprawnej techniki, szybkich zmian pozycji, ale nie jest zabójczo męczący. Po wykonaniu go osiągnęłam poziom zmęczenia, który lubię najbardziej. Nie straciłam oddechu, chociaż momentami nie było łatwo. Gdzie go zaszufladkuję pomiędzy treningami Ewy? Myślę, że koło Metamorfozy, Turbo Wyzwania i Killera. Dla mnie Rewolucja jest łatwiejsza od Bikini czy HIIT cardio z Sukcesu. Myślę, że ta płytka będzie często gościła w kieszeni mojego laptopa.


A Ty? Próbowałaś już? Chcesz wiedzieć coś jeszcze o programie? Daj koniecznie znać, a w razie potrzeby coś jeszcze dopiszę.

Płyta dostępna jest na: www.bebio.pl

Inne recenzje:
SUKCES
BIKINI
METAMORFOZA
SECRET

Buziak ;*




Martyna vs siłownia

Podsumowanie czerwca zakończyłam pytaniem do Was o siłownię. Czy powinnam zacząć coś nowego, dać sobie szansę raz jeszcze i po prostu spróbować. Postanowiłam zaufać swojej intuicji i w środę wieczorem zameldowałam się na próbnym, darmowym treningu w Platinum Fitness Club w Poznaniu. Dlaczego właśnie tam? Doszłam do wniosku, że:

1. Po prostu mam blisko. 3 minuty drogi pieszo do celu naprawdę motywują do maksymalnego wykorzystania karnetu. 2. To mała, osiedlowa siłownia, w której nie ma aż takiego ruchu. Miejsce idealne, żeby oswoić się ze sprzętem, nauczyć poprawnej techniki, poprosić o radę. 3. Mogłam zakupić karnet na miesiąc bez związywania się długotrwałymi umowami, jak to bywa w sieciowych i znanych klubach. A jak mi się nie spodoba, to co zrobię? Zrezygnuję. 

W sumie to czaiłam się na odwiedzenie Platinum od bardzo dawna. W końcu stało się. Po zwiedzeniu sal treningowych rozpoczęłam trening. Bieżnia, testowanie po kolei maszyn (aż tak zielona nie byłam, kiedyś już miałam krótką przygodę z treningami na siłowni) i końcowe cardio na orbitreku. 
Po godzinie zadowolona wyszłam i... Kolejnego dnia wróciłam po karnet. 

W czwartek nie oszczędzałam sił. Chciałam dać z siebie wszystko. Skutki moich 200% odczuwam w dalszym ciągu (jest niedziela!). Zakwasy dopisują, jeżeli w ogóle można tak powiedzieć. Stęskniłam się za nimi!



Dlaczego zdecydowałam się na tak duże zmiany? Pewnie Ci, którzy mnie lepiej znają, wiedzą, że regularnej aktywności fizycznej i motywacji nigdy mi nie brakowało. Skąd więc pomysł na siłownię? Moim zdaniem warto spróbować czegoś nowego. Domowe treningi z ukochaną Chodakowską dostarczają mi naprawdę mnóstwo pozytywnej energii. Kocham je w dalszym ciągu i nie mogę doczekać się najnowszej Rewolucji, którą zrecenzuję dla Was zaraz po przećwiczeniu. Biegania też nie zaniecham. Za dużo osiągnęłam, żeby teraz po prostu dać sobie spokój. Siłownia będzie urozmaiceniem. Mam nadzieję, że przyniesie dodatkowo wizualne efekty. Może nie są one najważniejsze, ale naprawdę motywują do dalszego działania. 

Wiele razy podkreślałam tutaj, że trzeba od siebie wymagać więcej każdego kolejnego dnia i podwyższać swoją poprzeczkę. Siłownię traktuję jako nowe wyzwanie. Mam zamiar pojawiać się tam chociaż 3 razy w tygodniu. W pozostałe dni będę dzielnie walczyć z Ewką i biegać. Moja wydolność znacznie wzrosła. Nie męczę się już tak jak kiedyś wykonując nawet najbardziej zabójcze kombinacje ćwiczeń.  Moje ciało się przyzwyczaiło, więc postanowiłam zafundować mu nowe ekstra bodźce w postaci większych obciążeń. Oczywiście niektóre programy są dalej wyzwaniem. Ciągle po nie sięgam i nigdy nie przestanę. Jak zniosę nowy plan treningowy? Zobaczymy. Póki co mam bardzo pozytywne nastawienie do sprawy. 

Będę Wam tutaj relacjonować moje poczynania, postępy. Na pewno stworzę posta o tym, co trzeba zabrać idąc na siłownię i jak poradzić sobie z pierwszą wizytą w nowym miejscu. Chcecie wiedzieć coś jeszcze? Dajcie znać!

Buziak ;*



E-CONDIMENTA- recenzja produktów

Jakiś czas temu podjęłam współpracę z nową marką, która prężnie podbija serca wszystkich miłośników zdrowej kuchni. Czym się zajmuje? Wytwarzaniem wysokiej jakości przypraw, pełnowartościowych gotowych dań i dodatków takich jak sosy i dipy oraz ich internetową dystrybucją. 



Przypraw mamy mnóstwo. Każdy zna przynajmniej kilka nazw wiodących w tej dziedzinie marek. Dużo łatwiej jest kupić gotową przyprawę do mięsa lub warzyw niż samodzielnie kombinować z marynatą. Sama nie znam dokładnie smaku wszystkich ziół. Mam tendencję do przesalania i dawania zbyt dużej ilości bazylii... Trening czyni mistrza, to wiem. Faktem jest jednak, że sięgnięcie po gotową mieszankę byłoby naprawdę dużym ułatwieniem, gdyby nie siedziało w niej mnóstwo niepotrzebnych substancji, których w przyprawach od e-condimenty nie znajdziemy. Za to właśnie je pokochałam.



Smaki są świetnie zbilansowane, a wybór jest tak ogromny, że nawet filet z kurczaka może smakować za każdym razem inaczej. Raz orientalnie, raz łagodnie, a raz ostrzej. W ofercie znajdziemy przyprawy ukierunkowane do wielu grup produktów i dań. Moim faworytem jest hiszpańska mieszanka ziół do warzyw, Jacek natomiast od samego początku sympatią obdarzył mix do burgerów z mięsa drobiowego.


Oprócz przypraw w sklepie internetowym znajdziemy także świetne sosy sałatkowe i dipy. Składniki dobrej jakości i prostota przygotowania to klucz do sukcesu. Każda sałatka może smakować inaczej!

W dziale superfoods do dyspozycji mamy siemię lniane, nasiona chia oraz płatki amarantusa. Pierwszy raz miałam styczność z tymi ostatnimi i naprawdę polecam jako dodatek do koktajlu, omleta, czy owsianki. Moje podniebienie podbiło także muesli wysokobłonnikowe. Dodając je do mleka roślinnego otrzymujemy naprawdę szybki, smaczny i zdrowy posiłek. Zarówno opcja z jabłkami i cynamonem, jak i ta z jagodami goi i morwą, przypadła mi do gustu.





Godne polecenia są także zamienniki tradycjnych przypraw. Każdy z nas kojarzy chyba żółtą przyprawę z kolorowymi refleksami. Jak zaczynalam swoją kulinarną przygodę, to była ona podstawą powodzenia każdego dania. Wtedy nie byłam świadoma tego, co znajdę w tzw. przyprawie uniwersalnej. E-condimenta opracowała własną recepturę i przyprawę, która nadaje się do wszystkiego i dopełni smak każdego z dań. Dietteta to naprawdę świetny produkt. Aż żałuję, że już mi się kończy! Ciekawym produktem jest także sól o obniżonej zawartości sodu (sodowo-potasowa), idealna dla osób, którym wskazana jest dieta niskosodowa.

Ostatnimi produktami, na które chciałabym zwrócić uwagę są dania gotowe i mieszanki kasz i warzyw strączkowych. Na początku byłam do nich sceptycznie nastawiona. Na etykietce jednego z produktów znalazłam w składzie cukier (trzcinowy, ale cukier!). Trochę mnie to zaskoczyło. Dałam jednak szansę gotowym propozycjom i z perspektywy czasu nie żałuję. Jak wiadomo, sesja to czas, kiedy naprawdę każda minuta jest na wagę złota. W chwilach kryzysu, kiedy lodówka świeciła pustkami, do akcji wkraczały właśnie potrawy od e-condimenty. To risotto, to mieszanka kasz z soczewicą lub dynią... Coś idealnego znajdowało się zawsze. Do tego kawałek ryby lub kurczaka, trochę warzyw i obiad z głowy.



Podsumowując, naprawdę polecam. Ceny są naprawdę bardzo korzystne, a jakość najwyższa. Daj szansę tym produktom, a na pewno nie pożałujesz. Z ich dodatkiem nawet najbardziej typowe i nudne dania zaczną smakować inaczej!

Zakupu możesz zrobić tutaj: e-condimenta.eu

Buziak ;*








Jak biegać z astmą?

Na pewno znasz kogoś, kto choruje na tę niezbyt przyjemną i ograniczającą chorobę. Może sam lub sama chorujesz? Astma sprawia wiele problemów osobom, które chcą zacząć przygodę ze sportem. Wielu chorych nie podejmuje się nawet tej próby wiedząc, że i tak skazani są na niepowodzenie, skoro zadyszkę powoduje czasem wejście po schodach, a co dopiero bieganie... Nic bardziej mylnego!


Sport to zdrowie i idealne lekarstwo na walkę z przeciwnikiem jakim jest astma. Wiem to z własnego doświadczenia. Jeszcze niedawno uważałem, że ja i bieganie to coś niemożliwego. Przerażało mnie wszystko, co było związane z jakimkolwiek wysiłkiem fizycznym. Martyna godzinami mogła ćwiczyć, biegać i się męczyć, co sprawiało i sprawia jej codziennie ogromną satysfakcję. Ja mogłem się tylko przyglądać. W szkole zawsze odpuszczałem biegi, a nawet czasem całe zajęcia WF'u. Bałem się wysiłku, bo problemy sprawiało mi już samo oddychanie. Teraz wiem, że to był błąd.

Całkiem niedawno, bo w styczniu tego roku, wyszedłem z Martyną pobiegać, niby na krótko, bo założyłem sobie cel 2 km, a był on dla mnie wtedy jak marzenie nie do osiągnięcia... Szybko się okazało, że miałem rację. Po około 300 metrach ból w klatce piersiowej był nie do wytrzymania, zimne powietrze rozsadzało mi płuca od środka. Chcecie wiedzieć jak oddycha astmatyk podczas wysiłku fizycznego? Wyobraźcie sobie, że oddychacie przez słomkę, a niektóre wdechy są puste, jakby całe powietrze gdzieś uciekało. Panicznie oddychasz szybciej, a powietrza coraz mniej... Właśnie z tym się zmagałem na początku.  No i odpuściłem biegi na jakiś czas ku niezadowoleniu Martyny, która twierdziła, że nie ma spraw, których nie da się przeskoczyć. Długo jednak byłem bardzo uparty. Dopiero później poznałem swoje błędy i postanowiłem dać sobie szansę.

Swoją przygodę zaczynałem zimą i byłem kompletnie nieprzygotowany. Mam dla Ciebie kilka rad dotyczących przygotowania się do biegania:
  1. Wrogiem nr 1 jest mroźne powietrze. Jeżeli chcesz biegać zimą, musisz koniecznie ocieplić powietrze, które wpada do Twoich płuc. Najlepszym sposobem jest zasłonięcie ust i nosa szalikiem lub chustą. Gdy zastosowałem ten sposób biegało mi się o niebo lepiej.
  2. Postaw sobie osiągalny cel. Wiem, że kilka kilometrów jest niemożliwe do wykonania na początku. Zacznij od 500 metrów i z każdym razem zwiększaj rozsądnie dystans.
  3. Noś ze sobą leki! Bez lekarstwa nie ma mowy o bieganiu. Może być ono zbawienne w kryzysowym momencie trasy, kiedy wybiegniesz za daleko i zabraknie sił na powrót. 
  4. Biegaj w towarzystwie. Znajdź kogoś, z kimś mógłbyś biegać. Da Ci to motywację i poczujesz się bezpiecznej.
  5. Stosuj dietę niskosodową, unikanie soli pomoże w oddychaniu.
Dalej uważasz, że biegnie i uprawianie sportu z tą chorobą jest niemożliwe? 

Byłem w tym samym punkcie, w którym prawdopodobnie jesteś Ty. Wiele razy zaczynałem i się poddawałem. Wiele razy płakałem, że nie mogę być jak inni. Jednak dałem radę, teraz biegam dystanse, o których wcześniej nie śniłem. 5 czy 10 km nie stanowią dla mnie większego problemu, przygotowuję się nawet do przebiegnięcia półmaratonu. Małymi krokami pokonuję każdego dnia swoje słabości. Radość po przebiegnięciu pierwszych dłuższych dystansów była nie do opisania. Każde kolejne zaliczone wybieganie motywuje mnie tylko do dalszej pracy nad kondycją.

Nie biegam codziennie. Dalej ważnym warunkiem wyboru formy treningu jest pogoda. Latem nie jest wcale łatwiej niż zimą. Przy ekstremalnych upałach opcje są dwie: wstajemy i biegamy zanim powietrze się nagrzeje (5:30-6:00) lub biegamy późnym wieczorem (21:30- 22:00). Ja zdecydowanie wolę tę drugą opcję, może dlatego, że łóżko rano ma tak ogromną siłę przyciągania... Martyna jest chyba nadal bardziej zmotywowana i woli ranne wybiegania. Jeżeli jest duszno i naprawdę gorąco, nie ma co się męczyć. Trening wykonany w domu, czy na siłowni też przyniesie efekty. Bądźmy rozsądni.

Moje życie codzienne także się zmieniło. Nie boję się o ataki astmy, o to że złapię zadyszkę podczas spaceru. Astma niestety nie jest moim jedynym przeciwnikiem. Mam problemy z tarczyca i z kolanami. Łapię też wszystkie dostępne infekcje, wirusy i inne łatwo dostępne paskudztwa. Dla mnie sport, bieganie i codzienne treningi, to najlepszy i najskuteczniejszy lek na wszystkie dolegliwości. Dzięki temu, że zmotywowałem się do wysiłku, mogę w końcu żyć i oddychać normalnie. Dziś czuję, że wydolność moich płuc znacznie wzrosła. Cierpliwość i upór się opłaciły i mogę żyć pełnią życia. Życzę Ci tego samego!

Trzymaj się!
Jacek

Podsumowanie czerwca

Każdy miesiąc staram się Ci tutaj nakreślić. I Tobie i sobie. Dzięki temu mam chwilę refleksji nad tym, ile udało mi się zdziałać. Nie ukrywam tego, że zawsze jestem z siebie bardzo duma. Wiem, że dałam z siebie wszystko i przepełnia mnie satysfakcja.


Czerwiec był bardzo intensywnym miesiącem. Na studiach istny kosmos, a jak wiadomo, im więcej nauki tym więcej czasu na treningi i inne przyjemności. Sesja zakończyła się jednak sukcesem, wszystkie przedmioty udało się zaliczyć w pierwszym terminie.



Rzuciłam nam obu małe wyzwanie na czerwiec: Ostatnia prosta do wakacji! Miał być miesiąc bez słodyczy i innych głupot, pełen treningów zarówno porannych, jak i wieczornych. Pokonały mnie tylko ciasteczka Oreo prosto z Anglii po egzaminie z gramatyki, który delikatnie rzec ujmując, przerósł trochę moje oczekiwania. Do tego doszły te dni, więc czuję się w pełni usprawiedliwiona. 
Jeżeli chodzi o treningi poranne, to na początku wydawały mi się po prostu nie do przejścia. Szybko jednak je polubiłam, bo dawały mnóstwo energii na cały dzień i świetnie rozbudzały organizm. Wystarczyło zmienić nastawienie! Myślę, że sprostałam wyzwaniu, które sama sobie narzuciłam!

Poza tym w czerwcu działo się całkiem sporo. Już w Dzień Dziecka miałam zaszczyt poprowadzić trening otwarty w moim liceum, podczas zawodów związanych z kulturystyką. Część grupy walczyła o miejsca na podium w wyciskaniu sztangi, część trenowała ze mną i walczyła do ostatniej kropli potu. Było warto, prawda? Nie wiem tylko gdzie zaginęły w akcji zdjęcia. Postaram się je tu dorzucić.

Bieg Kolorów, czyli najszczęśliwsze 5 km w życiu... Opisywałam to świetne wydarzenie TUTAJ. Było niesamowicie, atmosfera nie do opisania. Szczerze polecam każdemu! Nie tylko wprawionym w zawody biegaczom, ale także wszystkim, którzy po prostu chcą coś przeżyć i pobawić się w pozytywnie nakręconym towarzystwie.



Tydzień po biegu miałam wraz z Ewą z Fit jest Git okazję brać udział w treningu bokserskim na zaproszenie Akademii Boksu Krzysztofa Chudeckiego. Bardzo fajnie było spróbować czegoś nowego! Nieźle się zmęczyłam.



W czerwcu udało mi się także ustanowić biegową życiówkę na 10 km. 57 minut to pewnie dla niektórych nadal żółwie tempo, ale dla mnie to naprawdę niezły wyczyn z którego jestem dumna!
W sumie w ciągu miesiąca wybiegałam prawie 65 km, więc norma zachowana.



Druga połowa czerwca była dla mnie bardzo trudna. Sesja wymęczyła mnie bardziej niż przypuszczałam. Nauka, jedzenie, nauka, trening, nauka, sen... I tak przez ostatnie dwa tygodnie. Na szczęście było, minęło.

Jakie plany na lipiec? Odpoczynek i czytanie książek oraz znalezienie czasu na blogowanie. Rozważam zakup karnetu na siłownię, aby móc dawać z siebie 200% w klimatyzowanym pomieszczeniu, jak tylko będę w Poznaniu. Może będzie to dodatkowa motywacja?  Powinnam spróbować czegoś nowego? Szykuje się także sporo wyjazdów, więc będzie bardzo intensywnie.

A Ty jakie masz plany na wakacje? Mam nadzieję, że nie odpuścisz nawet w tym trudnym sezonie.

Buziak ;*







Dlaczego warto jeść #2 ARBUZA ?

Jeden z moich ulubionych owoców, zawsze kojarzący się z wakacjami i wyjadaniem łyżeczką miąższu ze skorupki. Kiedyś mogłam jeść tylko go przez cały dzień, pewnie dalej bym mogła! Nie potrafię kupić tylko ćwiartki arbuza. Zakupy zawsze kończą się targaniem kilkukilogramowej piłki do domu. Idealny sam w sobie, bez kombinowania. 


Pewnie wiele razy słyszałaś, że arbuz to sama woda. Prawie sama, a to prawie robi wielką różnicę. 92- 96% to rzeczywiście całkiem sporo. Pierwszą zaletę więc już mamy: arbuz świetnie nawadnia organizm. O regularnie spożywanie płynów w upalne dni trzeba dbać. Zajadanie różowego miąższu to połączenie przyjemnego z pożytecznym.

W arbuzie znajdziemy sporo wapnia, potasu, fosforu, magnez i żelazo. Szklanka wypełniona różowym smakołykiem w 21% zaspokoi dzienne zapotrzebowanie na witaminę C, a w 17% na witaminę A. Na pochwałę zasługuje też antynowotworowy likopen, którego w arbuzie znajdziemy więcej niż w pomidorach. 

Jest on niskokalorycznym owocem (szklanka to zaledwie 43 kcal), nie zawiera tłuszczu i cholesterolu. Zawarta w nim cytrulina rozkłada się do argininy, która zmniejsza odkładanie się tłuszczu i wspomaga układ sercowo- naczyniowy. Dbasz o linię? Masz nowego sojusznika. 

Arbuz korzystnie wpływa na pracę nerek. Potas w nim zawarty usuwa toksyczne złogi z tych organów i kwas moczowy z krwi. Dzięki temu zmniejsza się ryzyko uszkodzeń i powstania kamieni nerkowych. Fakt, że arbuz to głównie woda również sprzyja pracy układu moczowego i oczyszczaniu nerek. 

Witaminy A i C zadbają o zdrowie oczy, włosy i skórę. Będzie nawilżona i jędrna. Antyoksydanty pomogą utrzymać cerę w dobrej formie. Dzięki zawartej w owocu witaminie B będziemy mieć więcej energii do działania. Nasz metabolizm dostanie dodatkowe wspomagania dzięki błonnikowi.

Jedna z najbardziej interesujących mnie właściwości to fakt, że dzięki arbuzowi możemy uniknąć zakwasów! Ze względu na L-cytrulinę (aminokwas wpływający na wytrzymałość mięśni) mamy przyspieszoną regenerację potreningową. Mała porcyjka na godzinę przed treningiem wystarczy! 

Po zjedzeniu arbuza jakość naszego snu ulegnie poprawie, ponieważ podnosi on poziom serotoniny, która sprawi, że do naszego mózgu nie będzie dochodziło nic, co mogłoby mu przeszkodzić. Może dlatego ostatnio nie słyszałam budzika wzywającego na poranne bieganie? :)

Powyższe powody utwierdzają mnie w przekonaniu, że warto pozwalać sobie na chwilę przyjemności w towarzystwie tego owocu.  Jedzenie arbuza przynosi na pewno mnóstwo innych korzyści. Znacie jakieś, o których nie wspomniałam? Wykorzystajmy sezon maksymalnie!

Buziak! ;*

P.S. Przyniesienie ciężkiego okazu z targu lub marketu do domu to także super sposób na spalanie kalorii!

P.P.S. Kiedyś myślałam, że arbuzy rosną na drzewach...