Gofry gryczane

Z czym kojarzysz ten przysmak? Z toną bitej śmietany, ciastem składającym się z kilku składników, w tym oleju i mąki pszennej i przesłodzoną, chemiczną konfiturą? Nie ty razem! Dziś mam dla Ciebie przepis na niezwykle proste bezglutenowe gofry. 



Składniki:
  • 1 i 1/4 szkl. mąki gryczanej
  • 1 szkl. mleka 
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 jajko
  • mała ilość oleju kokosowego lub innego

    Miksujemy ze sobą wszystkie składniki. gofrownicę smarujemy za pomocą pędzelka olejem kokosowym i pieczemy. Można dodać do masy słodzidło wedle uznania. Banalne, prawda?
lub (wersja z odżywką białkową):
  • 1 szkl. mąki gryczanej, 
  • 1 szklanka wody, 
  • 20 g odżywki białkowej, 
  • 1 jajko, 
  • łyżeczka proszku do pieczenia, 
  • mała ilość oleju kokosowego

    Odżywkę rozpuszczamy w szklance wody, dodajemy jajko, mąkę i proszek do pieczenia, mieszamy mikserem do uzyskania gładkiej masy. Gofrownicę smarujemy olejem kokosowym i pieczemy. 

Podane proporcje wystarczają na cztery komplety serduszek widocznych na zdjęciach.




Podajemy oczywiście z ulubionymi dodatkami.


Smacznego!

Buziak ;*

PODOBNE POSTY

Metamorfoza Martynki

Jesienna chandra już Cię dopadła? Zimno, chęci brak. Już myśli o poddaniu się zaczęły Cię nękać? Razem z moją imienniczką, Martyną, pomogę Ci dziś się z nimi uporać. Gwarantuję, że po przeczytaniu poniższej historii naszej bohaterki dobra energia wróci w mgnieniu oka.




Cześć! Jestem Martyna,mam 15 lat. Zawsze byłam małym grubaskiem. Nigdy nie byłam szczupła. Było to spowodowane przyjmowaniem dużej ilości leków- sterydów przeciwko astmie. Leki te powodowały u mnie wzmożony apetyt. Po odstawieniu leków dalej odżywiałam się niezdrowo i miałam mało ruchu. W dzieciństwie byłam też ,,rozpieszczana" przez moją rodzinę. Moje babcie, ciocie i kuzynki kupowały mi duże ilości słodyczy. Mamie było trudno odbierać dziecku ,,radość" więc jadłam i jadłam. W szkole na wf'ie zawsze byłam tą najwolniejszą, najsłabszą i najgorszą. No cóż, bywa... Rok temu na wakacjach (2015 rok) postanowiłam schudnąć. Zawsze marzyłam o tym, żeby być szczupłą. Ćwiczyłam na wakacjach treningi Ewy Chodakowskiej z youtube'a. Niestety efektu nie było, bo po treningach wieczorami spacerowałam do sklepu ze znajomymi i kupowałam żelki i batoniki. Brak efektów spowodował brak motywacji do ćwiczeń, po dwóch tygodniach się skończyło. Potem jeszcze wiele razy do tego podchodziłam, ale bezskutecznie, ponieważ zapomniałam, że odżywiam się fatalnie. 



W zimie moja mama kupiła wagę, która u mnie pokazała aż 74 kg (zawsze myślałam, że ważę wiele mniej). Podczas ferii zimowych w lutym byłam przeziębiona. Nie miałam apetytu i nie obżerałam się. Pomyślałam, że gdybym starała się tak codziennie jeść- schudłabym. Zaczęłam odstawiać słodycze i robić sobie ,,dzień słodkości" raz w tygodniu. Unikałam także fastfood'ów i smażonych rzeczy-zamiast smażonego jadłam pieczone. Ograniczyłam też ilość. JADŁAM A NIE ŻARŁAM. Do tego zaczęłam ponownie ćwiczyć z Ewą i nie skończyło się na dwóch tygodniach:) Waga pokazywała coraz mniej i mniej. Pamiętam jaka byłam dumna, kiedy ubyło mi pierwsze 5 kilo. Przez cały czas miałam wsparcie mojej koleżanki Weroniki. Wysyłałam jej codzienne raporty: czy poległam, czy trening dobrze poszedł itp. Od samego początku była ze mną i mnie wspierała. Po jakimś wiele osób powiedziało mi, że schudłam, że widać różnicę! To mnie motywowało. Zaczynałam się coraz bardziej interesować zdrowym trybem życia, ciągle poszerzałam swoją wiedzę. Tak, też poznałam fantastycznego bloga mojej imienniczki Martyny która była, jest i będzie moją dużą motywacją! Kupiłam książkę i dwie płyty Ewy Chodakowskiej. Zaczęłam też kupować jej magazyn "Be Active". Zafascynowało mnie to. Poczułam się SILNA! Swoją obecną wagę 53 kg (straciłam 21 kg) osiągnęłam podczas wakacji tego roku. Straciłam aż 12 centymetrów w talii! Uwaga- walkę zaczęłam w wieku 14 lat! Poprawiła się moja kondycja fizyczna i psychiczna! Poprawiłam znacznie swoją wydolność płuc! Jestem inną osobą! Na wf'ie też zrobiłam ogromny postęp! Chociaż osiągnęłam już swój cel, nie przestałam ćwiczyć i zdrowo się odżywiać. Teraz wiem, że tak naprawdę każdy ma silną wolę, tylko niektórzy muszą się do niej trochę ,,dokopywać" :) Możecie wszystko! Buziaki i powodzenia!



Miałam rację? Myślę, że kilka słów od takiej wojowniczki potrafi nieźle zmotywować do działania. Nie warto się poddawać. Trzeba tylko ułożyć w głowie plan działania i mocno się go trzymać. Zdrowe odżywianie i regularne treningi są gwarancją sukcesu. Jedno bez drugiego nie ma prawa bytu. Połącz oba komponenty i zawalcz o lepszą siebie!

A Tobie kochana raz jeszcze gratuluję. Wszystkie Martyny to twarde sztuki! Jestem z Ciebie szalenie dumna. Jesteś inspiracją dla wielu osób. Taka zmiana to nie tylko przemiana zewnętrzna. Życzę Ci takiego uporu w każdej dziedzinie życia! Spełniaj marzenia i motywuj!

Zostaw Martynce dobre słowo! Czekam na Twoje gratulacje w komentarzach!

Buziak ;*

PODOBNE POSTY

Jak zacząć ćwiczyć na siłowni?

Zmiany czasami są potrzebne. Trzeba nieustannie podnosić sobie poprzeczkę, wymagać od siebie więcej i walczyć ze słabościami zarówno w życiu codziennym, jak i na treningu. Wiele osób ćwiczących tylko w domu, do których należałam i ja, boi się pierwszego kontaktu z siłownią. Obserwujący ludzie, nowy sprzęt, inny rodzaj treningu... To wszystko może naprawdę przerażać. Początki zawsze są trudne, więc postanowiłam spisać dziś dla Ciebie moje doświadczenia dotyczące pierwszych wizyt na popularnej siłce. 


Na początku zaznaczę wyraźnie, że nie korzystam z niczyjego planu treningowego. Kombinuję sama, bazując na różnych artykułach znalezionych w sieci i filmikach instruktażowych. Nie jestem żadnym specjalistą w tej dziedzinie. Działam intuicyjnie.



Pierwsze wizyty polegały na zapoznaniu się ze sprzętem. Aktualnie chodzę do Jatomi Fitness, jest to sieć siłowni, które są naprawdę znakomicie wyposażone i trochę czasu zajęła mi nauka poprawnego wykonywania ćwiczeń na danym sprzęcie. Na szczęście zawsze liczyć można na obecnych na sali trenerów, którzy chętnie rozwiewają wszystkie wątpliwości dotyczące techniki i doboru odpowiedniego obciążenie. Zaczynałam oczywiście od najniższego możliwego ciężaru i kilka powtórzeń wykonywałam na sucho. Dopiero, kiedy poczułam dane ćwiczenie, zwiększałam obciążenia.

Ilość powtórzeń i serii zależy od maszyny. Na tych sprawiających mniej problemu robię dłuższe serie, na tych trudniejszych krótsze. Zawsze staram się dać z siebie 200%, łapać oddech między seriami i osiągać zamierzone cele.



Jak wygląda mój przykładowy trening?


Zawsze, bezwarunkowo rozpoczynam od rozgrzewki. Jest to zwykle 10 minut na orbitreku i 5 minut ćwiczeń przed lustrem, angażujących ciało do pracy. Krążenie ramion w przód i w tył, kolana, biodra, nadgarstki, stawy skokowe... Wszystko po kolei.

Po takiej 15 minutowej mobilizacji ruszam na trening. Na początku nie skupiałam się na konkretnej grupie mięśniowej. Robiłam trening angażujący całe ciało. Teraz jednak, po kilku tygodniach, podzieliłam treningi na górę i dół. Pewnie za jakiś czas rozdzielę nogi od pośladków, plecy od ramion i klatki piersiowej i przeorganizuję trochę plan. To jednak przyjdzie z czasem. Aktualnie ćwiczę raz dolne partie, raz górne. Skupiam się nie tylko na maszynach. Sięgam także po sztangę, hantle czy taśmy TRX. Staram się urozmaicać maksymalnie każdy trening. 3- 4 serie po 10-15 powtórzeń to mój standard.

Po zakończonym treningu siłowym czas na cardio. Tu tak naprawdę nadal szukam wyjścia idealnego dla siebie. Staram się poświęcić na nie 20-30 minut. Jestem uparta, więc wejście na bieżnię i przebiegnięcie 5 km w stałym tempie nie jest dla mnie problemem. Testuję interwały oraz zajęcia grupowe, które wypatrzę wcześniej w grafiku. Ostatnio padło na indoor cycling po treningu nóg i pośladków. Szczerze mówiąc, dawno nie zrobiłam tak dobrego treningu.
Poza bieżnią do cardio wykorzystać można orbitrek, rowerek stacjonarny, schody.. Te ostatnie po 10 minutach dają mi taki wycisk, że naprawdę na nic więcej nie mam ochoty, a endorfinami mogłabym się podzielić ze wszystkimi napotkanymi osobami w drodze do domu.
Po cardio staram się jeszcze wyciszyć. Chwila rozciągania, czasem rollowanie mięśnie... Różnie bywa, wszystko zależy od czasu.

Lubię chodzić na siłownię bezpośrednio po pracy. Nosząc ze sobą od rana torbę z ubraniami na trening mam większą motywację. Po powrocie do domu mogę całkowicie poświęcić czas na regenerację. 


Ile razy w tygodniu ćwiczę siłowo?


Za cel postawiłam sobie 2-3 treningi siłowe w tygodniu. Nie jestem w stanie zrezygnować z ćwiczeń z ukochaną Chodakowską lub biegania. Myślę, że w roku akademickim ustawię sobie stały grafik treningów. Póki co wygląda to tak, że na trening idę wtedy, kiedy mam więcej czasu wolnego. W przeciwnym razie stawiam na inne aktywności. Uważam, że na początku przygody 2-3 wyjścia na siłownię w tygodniu naprawdę wystarczą. Co za dużo to niezdrowo. Zapał może się szybko wypalić, a ciało odmówić posłuszeństwa. Trening siłowy jest formą o wiele bardziej wymagającą niż cardio. Tu nie liczy się szybkość, najważniejsza jest poprawność.



Jesteś chętna na więcej wpisów dotyczących siłowni? Może chcesz urozmaicić plan treningowy i boisz się pierwszego kroku? Pytaj śmiało, a w kolejnych wpisach postaram się rozwiać Twoje wątpliwości. Może masz jakieś wspomnienia ze swoich pierwszych wizyt?


Buziak ;*



PODOBNE POSTY

Dieta FIT- JestemFit.pl RECENZJA

Jestem osobą, która chętnie podejmuje się nowych wyzwań. Zapytana, czy chcę spróbować i powalczyć z rozpisaną dietą, bez wahania się zgodziłam. Każdego dnia w sieci jesteśmy bombardowani propozycjami diet, jest mnóstwo ofert personalnie rozpisanych jadłospisów. Wiele osób właśnie z nimi osiąga swoje sukcesy, zmienia sylwetkę i styl życia. Postanowiłam też dać sobie tę szansę i postawiłam na dietę z JestemFit.pl. Jesteście ciekawi mojej opinii?

Na wstępie muszę jednak dodać, że nie spodziewałam się kosmicznych efektów. Jak wiecie, sporo już przeszłam, a mój organizm przyzwyczajony jest do zdrowego i pysznego jedzenia.Nie wiem, co musiałabym mu zafundować, żeby zadziało się coś spektakularnego. Przeczytacie tu zdanie osoby, która trochę zna się na zdrowym odżywianiu, jest w stanie sama rozpisać sobie pełnowartościowy jadłospis i wie to i owo na temat funkcjonowania swojego organizmu.

Na początek...

Pewnie jedną z podstawowych kwestii, od której zacząć powinnam, jest cena. Możesz dać sobie szansę, spróbować i wykupić abonament za niecałe 50 zł na miesiąc, możesz potraktować sprawę poważniej i zaopatrzyć się w indywidualny jadłospis na 3, 6 lub 12 miesięcy. Masz także możliwość połączenia diety z indywidualnie dobranym treningiem. Decyzja należy do Ciebie!

Zanim jednak się zdecydujesz musisz obrać cel. Chcesz schudnąć, przytyć, wyrzeźbić ciało czy zbudować mięśnie? Ja wybrałam opcję diety redukcyjnej, wierzę, że najwięcej czytelniczek też do niej by się skłaniało.



Po uregulowaniu należności mamy do rozwiązania ankietę, która ma za zadanie naświetlić naszą osobowość, nawyki żywieniowe i problemy z nim związane dietetykowi. Wpisujemy wagę, zaznaczamy typ sylwetki, określamy preferowaną ilość posiłków, typy dań, czas ich przygotowania... Pojawia się pytanie o suplementację, alergie pokarmowe oraz puste okienko, w którym możemy przekazać dietetykowi to, co wydaje nam się istotne, a nie pojawiło się w ankiecie. Ja napisałam prosto z mostu o tym, że schudłam. Warto opisać tam swoje przeboje. Po drugiej stronie naprawdę siedzi ktoś, kto odczyta i przeanalizuje nasze wypociny. Kilka dodatkowych zdań może być naprawdę pomocne. Jest także możliwość załączenia swojego zdjęcia. Sylwetka sylwetce nie równa. Dzięki temu dieta może być jeszcze bardziej spersonalizowana.



Ja wybrałam opcję pięciu posiłków z możliwie najkrótszym czasem przygotowania. Nie wykluczałam żadnych produktów. Zdałam się całkowicie na wenę twórczą dietetyka, z którym współpracowałam. Moja dieta gotowa była w 24 godziny. Czas oczekiwania wynosić może jednak maksymalnie 48 godzin- taką informację wyczytałam na stronie.

Kiedy dieta już się pojawiła, od razu przejrzałam propozycje na cały tydzień. Pod koniec bieżącego, zawsze pojawiał się jadłospis na kolejne siedem dni. Z serwisu można korzystać przez Internet. Można także pobrać pliki w formacie pdf, wydrukować i zawiesić na lodówce.

Od ogółu do szczegółu...

Zacznę od tego, że dieta mnie nie zaskoczyła. Było tam wszystko to, co zwykle jem na śniadanie, drugie śniadanie, obiad, podwieczorek (jeżeli go jem) i kolację. Nie miałam żadnych problemów z przygotowaniem posiłków. Przepisy są podane na tacy, wystarczy odrobina dobrych chęci, no i produkty oczywiście. 

Do całej sprawy podeszłam luźno. Często delikatnie modyfikowałam przepisy, zamieniałam składniki. Jak nie miałam ochoty na pomarańcza, bądź po prostu nie miałam pomarańcza, wsypywałam do owsianki szklankę malin. Kiedy nie chciałam jeść kurczaka, jadłam indyka. Jeżeli nie miałam ochoty na podwieczorek, nie jadłam go. Nie zawsze wstawałam o 7:00, żeby zdążyć ze śniadaniem o rozpisanej godzinie, w końcu mam jeszcze wakacje... Mam nadzieję, że się zrozumiałyśmy. 



W diecie posiłki się powtarzają. Byłam więc trochę zasmucona tym faktem, gdyż mając więcej czasu w ciągu wolnych dni, mogłam pokombinować w kuchni. Kombinowałam- zamieniałam dni z diety. Dla chcącego nic trudnego. Myślę, że taka powtarzalność może być jednak korzystna, jeden obiad można zrobić na dwa dni, zamknąć w lodówce i już. Oszczędność czasu jak się patrzy!

Wybrałam różne rodzaje posiłków na różne dni w ankiecie. W rozpisanej diecie znalazłam jednak owsiankę lub jaglankę codziennie rano, kanapki na drugie śniadanie, danie obiadowe, koktajl lub pudding chia na podwieczorek i sałatkę na kolację. Oczywiście dodatki były różne. Na początku było w porządku, potem trochę wiało nudą. Na szczęście w serwisie mamy możliwość stałego kontaktu z dietetykiem. Jeżeli coś nam w jadłospisie nie odpowiada, możemy wysłać sugestie zmian, które na pewno będą uwzględnione. Uzyskamy także odpowiedzi na wszystkie nurtujące pytania. Myślę, że taka opieka personalna jest ogromnym plusem.



Najbardziej przypadły mi do gustu moje kolacje- mnóstwo fajnych pomysłów na sałatki, połączenia smaków, na które sama chyba bym nie wpadła. Naprawdę byłam zachwycona i będę z pewnością wracać do niektórych propozycji. 





Przy każdym daniu mamy podaną kaloryczność. Muszę przyznać, że niektóre porcje mnie trochę przerażały, ciężko było im sprostać i czasem musiałam odpuścić. Na pewno nie chodziłam głodna (nigdy nie chodzę!), więc dieta jest dobrze zbilansowana. 


Podsumowując...

Moim zdaniem taka dieta to idealny początek przygody ze zdrowym odżywianiem. Nauczysz się nawyków, poznasz odpowiednie proporcje, nowe smaki, połączenia. Dzięki takiej indywidualnej diecie nie będziesz musiała zastanawiać się, co zdrowego ugotować następnego dnia. Możesz wygenerować nawet listę zakupów pod konkretne dni, dzięki którym kupisz tylko konkretne ilości potrzebnych produktów. Oszczędność czasu i pieniędzy gwarantowana. Ze swojej strony mogę naprawdę polecić wszystkiej bardziej lub mniej zagubionym takie rozwiązanie.


Moje posiłki: 



Dietę zamówić możecie na stronie: www.jestemfit.pl

Buziak ;*









PODOBNE POSTY

Zupa krem z dyni

Pierwsza próba nie była jeszcze doskonała, druga zakończyła się natomiast stuprocentowym sukcesem! Lekka, pyszna, sycąca i aromatyczna- może być lepiej? Chyba nie! Korzystajcie z sezonu i koniecznie spróbujcie przygotować to danie. Gwarantuję, że na pewno nie skończy się na jednorazowym gotowaniu!


Potrzebujemy:

  • 1 kg dyni
  • 2 marchewki
  • 1 cebulę
  • 3 ząbki czosnku
  • 2 łyżki oliwy od Zielonej Esencji (zielonaesencja.pl)
  • 8 łyżek jogurtu naturalnego
  • 4 łyżeczki pestek dyni od Zielonej Esencji (zielonaesencja.pl)
  • 2 szklanki bulionu drobiowego
  • przyprawy

Przygotowanie:

Cebulkę i czosnek siekamy, szklimy na oliwie, w garnku. Do tego dodajemy pokrojoną w kostkę dynię i marchew. Dusimy pod przykryciem na małym ogniu aż składniki zmiękną. Dolewamy wcześniej przygotowany bulion i gotujemy całość przez 5-10 minut. Blendujemy wszystkie składniki na jednolitą masę- nasz krem i doprawiamy. Ja użyłam soli, pieprzu i naturalnej przyprawy korzennej. Po wlaniu do miseczki dodajemy dwie łyżki jogurtu naturalnego lub kwaśnej śmietany i posypujemy pestkami dyni. 
Zupa świetnie smakuje także z dodatkiem grzanek z chleba razowego.

Prościej być nie może, prawda?

Kaloryczność

Całość, czyli 4 sugerowane porcje ma niewiele ponad 800 kcal. 
Ja zjadłam dwie porcje na raz, bo tak mi zasmakowało. 

Smacznego!


PODOBNE POSTY

Moja droga do PÓŁMARATONU

Biegową historię już kiedyś tu opisywałam. Sporo się jednak zmieniło, zrobiłam postęp, o którym chcę Ci dziś opowiedzieć. Myślisz, że przebiegnięcie ponad 21 km jest niemożliwe? Udowodnię Ci dziś, że się mylisz. 



Połowa królewskiego dystansu- 21,0975 km. Na początku mojej przygody z bieganiem myśl, że mogłabym tyle przebiec, nawet nie śmiała pojawić się w mojej głowie. Ta dyscyplina od dziecka była przeze mnie znienawidzona. Małą Martynkę przed lekcjami wychowania fizycznego zawsze bolał brzuch. Zaklinała pogodę, pragnęła deszczu... Na rozgrzewkę 5 kółek, potem sprawdzian na 800 m, a może przełaj, czy test Coopera (12 minut ciągłego biegu)? Na zakończenie oczywiście spokojny trucht na wyciszenie. Tak wyglądały praktycznie każde zajęcia wf'u w podstawówce, a przynajmniej ja je tak zapamiętałam. Bałam się. Nie wiem, czy bardziej przerażał mnie wysiłek, czy to, że zawsze trzeba było na mnie czekać. Ciężko mi było znaleźć parę do wyścigów, bo nikt tak wolno nie biegał. W sztafecie też byłam niezbyt mile widziana. Myślę, że miałam konkretne powody, aby tej dyscypliny nie darzyć żadnym uczuciem. Dziwiłam się biegaczom. Nie rozumiałam fenomenu tego wybiegania w słuchawkach i dreptania po chodniku. Bez sensu. 

Po podstawówce był spokój. W gimnazjum nie biegałyśmy za wiele- na szczęście. Koszmar wrócił w liceum. Najtrudniejszym zadaniem było zaliczenie biegu dookoła jeziora- dystans około 2500 m. Nie pamiętam dokładnie limitu czasu, ale wydaje mi się, że było to coś koło 15 minut, może trochę więcej. Tak czy siak- masakra. Na szczęście z tym tylko trzy razy odczułam dotkliwie ten sprawdzian. Dwa razy w pierwszej klasie i raz w drugiej. Dlaczego? W styczniu 2014 roku zaczęłam swoją walkę o lepszą siebie. Zaczęłam ćwiczyć w domu, gubić kilogramy, lepiej się odżywiać. Wiosną 2014 przebiegłam ten dystans z uśmiechem na twarzy. Wolno, bo wolno, ale pierwszy raz bez przerwy. Zaliczyłam za pierwszym razem po raz pierwszy. 

Wiosną 2014 wszystko się właśnie zaczęło. Zaczęłam raczkować w bieganiu. Wybierałam tę aktywność wtedy, kiedy nie miałam ochoty ćwiczyć w domu. Musiałam naprawdę chcieć wyjść i pobiegać. Pamiętam pierwsze wybiegania- 2-3 km... Potem pierwsza piątka- niezapomniany bieg w listopadowy wieczór. Cieszyłam się jak wariatka. Ostatni odcinek biegłam mijając korzenie po ciemku. Nie mogłam i nie chciałam odpuścić. Radość nie do opisania. Pierwsze pokonane 10 km przyniosło jeszcze więcej satysfakcji. Przebiegłam je na bieżni, takiej bieżni, po której w podstawówce nie cierpiałam biegać. Kręciłam kółeczka po kamieniach aż usłyszałam upragnione 10 km w słuchawce. Endorfiny wzięły górę. Od tamtej pory raz biegałam, raz nie. Nie mogę mówić o żadnej regularności. Wychodziłam wtedy, kiedy chciałam, bez przymusu. 

Poważnie zrobiło się dopiero po przyjeździe do Poznania w październiku. Wyszłam raz, drugi... Podreptałam po chodnikach i spodobało mi się. 8, 10, 12 km... Rosłam w siłę. Razem z koleżanką postanowiłyśmy zapisać się w grudniu na 9. PKO Półmaraton w Poznaniu. Postawiłam sobie cel- w każdym tygodniu wybiegać najmniej 10 km (trwam w nim do dziś). Do kwietnia miałyśmy czas na zrobienie formy. Ja do tego czasu biegałam regularnie. Kilka dłuższych wybiegań, w tym jedno na 18 km, jeden dystans półmaratonu. Tempo luźne- ponad 6 minut na kilometr, 6:20- 6:40. Bez szału. Miało być przyjemnie! Pierwszy półmaraton w ulewie pokonałam w 2 h 10 min 23 s. Było mnóstwo kryzysów, jednak atmosfera podczas biegów masowych jest nie do opisania, a motywacja szybuje w kosmos, kiedy widzimy tysiące biegaczy obok. Każdy ma jeden cel- dobiec. 






Po ukończeniu biegu w Poznaniu czekałam na zapisy na wrześniową połówkę w Pile. Od razu wykupiłam pakiet, chociaż wiedziałam, że wakacje i letnie temperatury na pewno nie będą sprzyjały mojej motywacji do biegania. Wolę biegać mroźną zimą, niż dusznym latem. W czerwcu wybiegania robiłam o 5:30-6:00 rano lub razem z Jackiem ok. 22:00, aby nie mierzyć się z upałem. W lipcu i sierpniu było różnie. W lipcu pokonałam najdłuższy dystans w moim życiu 25 km. W dobrym towarzystwie naprawdę wszystko jest możliwe, a moi biegowi partnerzy są naprawdę wspaniali. 



Jakaś tam regularność w wakacje jednak też była. Starałam się raz w tygodniu zrobić cokolwiek. Raz się udawało, raz nie. Domowe treningi też zrobiły swoje i nie pozwoliły formie cofnąć się. W dwa ostatnie tygodnie przed połówką zrobiłam sporo kilometrów. Wystarczyło. Piłę przebiegłam w 2 h 9 min 21 s. Minuta poprawy jak na marne treningi jest na wagę złota!


Zapomniałam wspomnieć o tym, że bieganie to nie jest mój konik i moja bezwarunkowa miłość. Nie sprawia mi ono takiej przyjemności jak ostry wycisk w domowych warunkach. Uwielbiam potreningowe endorfiny, łamanie własnych czasów, granic, dystansów... Mogłabym jednak bez tego żyć. Nie mam się za biegacza, wiec takie czasy są dla mnie nie lada wyczynem. W przyszłym roku złamię 2 h!

Planów mam mnóstwo. Marzy mi się 5 półmaratonów zaliczanych do Korony Polskich Półmaratonów. Nie chodzi mi nawet o ten dodatkowy medal. ale o satysfakcję z kolejnego osiągniętego celu! Trzymajcie kciuki i nie bójcie się próbować! 

ZAPRASZAM DO LEKTURY:
  • MOJEGO WPISU Z PORADAMI NA TEMAT BIEGANIA- KLIK
  • WPISU JACKA NA TEMAT BIEGANIA Z ASTMĄ- KLIK
  • RELACJI Z POZNAŃSKIEGO PÓŁMARATONU- KLIK

Buziak ;*


 





PODOBNE POSTY

Podsumowanie sierpnia

Jej, ale zleciało. Kolejny wspólny miesiąc minął, sama nie wiem kiedy. Czas na małą sierpniową spowiedź. Był to wspaniały miesiąc, podczas którego naprawdę odpoczęłam. W lipcu praca pochłonęła sporą część czasu wolnego, nie mogłam cieszyć się stuprocentowo długo wyczekiwanymi wakacjami. W sierpniu postawiłam na totalny luz. Jak to wyglądało w praktyce? 


Tatry 

Moje ukochane miejsce w Polsce, w którym każdorazowo czuję się niesamowicie. Kolejne wakacje spędzone w Zakopanym. Po tylu latach nie wyobrażam sobie wakacji bez przynajmniej tygodnia w górach. Nasz urlop trwał 10 dni. Masa kilometrów szlakami górskimi zrobiona, szczyty zdobyte, głowa napełniona wspomnieniami i planami na następny rok. Uwielbiam aktywny wypoczynek, a w górach inaczej się po prostu nie da! Dla takich widoków warto żyć.



Wesele 

Nie wiem czy każdy tak ma, ale dla mnie to ogromne wydarzenie, do którego przygotowuję się solidnie (jak każda kobieta przed poważnym wyjściem) i myślę dużo wcześniej. Taki weekend pozwala odciąć się na moment od otaczającej rzeczywistości, skupić się tylko na dobrej zabawie i zresetować głowę. Nie wiem czy podczas tych dwóch dni nie zjadłam więcej ciasta niż przeciętny Polak w ciągu roku, w sumie mnie to nawet nie interesuje. Było cudownie i już!

Dom 

W sierpniu mało czasu spędziłam w Poznaniu. W sumie dni tam mogłabym policzyć na palach jednej ręki. Jestem w domu i delektuję się chwilami z rodziną i bliskimi, których tu mam. Nawet bieganie po kaliskich ścieżkach cieszy bardziej, a znajome twarze motywują do utrzymania tempa i kolejnych kroków. Małe miasto ma swoje uroki- te na plus i te na minus. Rok akademicki i Poznań dał mi jednak w kość, więc wad nie zdążyłam jeszcze dostrzec.


Trening

Wszystko zgodnie z planem, czasem nawet ponad plan. W Zakopanym też nie dałam za wygraną. Wakacje są po to, żeby spędzać czas na przyjemnościach. Ja do nich zaliczam treningi. Jeżeli więc nie wyszliśmy na dłużej w góry, było ćwiczone. Zajrzyjcie w kalendarz i zobaczcie jak to się poukładało.


Bieganie

No w tym miesiącu nie było już tak źle. Półmaraton mnie trochę zmotywował i po powrocie z gór wzięłam się w garść i doszłam do wniosku, że znowu to lubię. Wszystko siedzi w głowie. Teraz będzie chłodniej, więc na pewno kilometry pójdą w górę. W sierpniu wpadły w sumie prawie 32 km. Biorąc pod uwagę fakt, że zaczęłam biegać dopiero w drugiej połowie miesiąca, jestem naprawdę zadowolona!


Dieta

Tak jak ostatnio zauważyliście, po dwumiesięcznej eliminacji nabiału powoli do niego wracam. Póki co nie odczuwam dyskomfortu, zobaczymy jak to pójdzie dalej. Zjadam tony owoców sezonowych i nie czuję się źle w tego powodu. Nie potrafię sobie odmówić śliwek, malin czy borówek. Trzeba korzystać, bo skończą się zanim się zorientujemy!








Przed nami wrzesień, dla wielu czas powrotu do normalności po wakacyjnym wypoczynku. Ja mam jeszcze miesiąc, jednak już czuję na plecach oddech zbliżających się kolokwiów i zaliczeń. Korzystam z ostatniego luźnego miesiąca. Myślę, że jest to dobry czas na wprowadzenie zmian, realizację planów, które tak długo odkładałyśmy. Nowy rok szkolny/ akademicki, nowy sezon w pracy, nowa Ty? Pomyśl o tym! Idealniejszej pory nie znajdziesz! Może jakieś wspólne wyzwanie?

Buziak ;*



PODOBNE POSTY