Relacja z 9. PKO Półmaratonu w Poznaniu

poniedziałek, kwietnia 18, 2016

Wczoraj nadszedł dzień, na który czekałam od grudnia. Rzuciłam sobie wyzwanie. Chciałam zacząć nową przygodę, a raczej zalegalizować starą. Myślę oczywiście o bieganiu. W czwartej klasie je znienawidziłam. Wyścigi na WF, sprawdziany na 600 m, 800 m i biegi przełajowe ciągle mnie stresowały. Może nawet nie chodziło o sam fakt, że musiałam się zmęczyć. Zawsze dobiegałam ostatnia, wszyscy na mnie czekali, nikt nie chciał być ze mną w drużynie w sztafecie... Poczucie własnej wartości okrutnie podupadało. Uważałam, że ludzie uprawiający jogging dobrowolnie są naprawdę nienormalni. Nawet po czasie ćwicząc w domu nigdy nie przypuszczałam, że będzie mnie można ujrzeć na trasie. 


Tak jak pisałam wiele razy, łatwe cele nie przynoszą satysfakcji. Pomysł półmaratonu miałam w głowie od pierwszych chwil w Poznaniu. Takie marzenie, które wydawało mi się nierealne. Namówiona przez koleżankę z roku (dzięki Patrycja!), która pół roku temu zaczęła przygodę z nowym stylem życia, podjęłam wyzwanie. Stwierdziłam, że to najlepszy moment na pokonanie swoich słabości. To miały być moje pierwsze zawody. Nigdy nie brałam udziału w poważnych biegach. Cieszę się, że zaczęłam przygodę z nimi na 9. PKO Półmaratonie w Poznaniu!





2 stycznia, po pierwszym noworocznym wybieganiu na 10 km, związanym ze świetną akcją charytatywną biegaczy, postanowiłam, że zacznę biegać regularnie. Cel był prosty- 10 km w każdym tygodniu. Konsekwentnie działałam. Mrozy były mi niestraszne. Decyzję o udziale w poznańskiej połówce podjął także Eryk, z którym między innymi wybiegałam pierwszą, ponoworoczną dyszkę. Motywacja wzrosła, kilka wspólnych treningów w rodzinnym Kaliszu, pokonanie mojego pierwszego dystansu półmaratonu, ostatnie 10 km przed i umówione spotkanie na mecie dało niezłego kopa. Oboje wiedzieliśmy, że damy radę!



Czas od momentu zapisów upłynął błyskawicznie. W ostatnim tygodniu uświadomiłam sobie, że zawody za pasem. Starałam się na spokojnie podejść do sprawy, chociaż emocje czasem brały górę. Przed staniem się kłębkiem nerwów uratowała mnie Oleńka, która postanowiła kibicować mi w tym szczególnym dniu i zatroszczyć się o odpowiednio dobry nastrój. Fakt, że przyjechała specjalnie z Lublina naprawdę zaimponował mi i dał ogromnego kopa. To, że wstała dziś o 4:15 na pociąg powrotny to też spore poświęcenie...  Dodatkowo zmotywowała mnie do walki wspaniała Paulina, która po pokonaniu swojego pierwszego półmaratonu w Gdyni postanowiła wesprzeć mnie na trasie i przeżyć ze mną te piękne emocje. Przyjechała, przebiegła i wracała do Gdańska... Szaleństwo!



W sobotę rano pogoda dopisywała. Odebrałam pakiet i zaczęłam doceniać powagę wydarzenia. Po przymierzeniu koszulki z numerem startowym już czułam się wygrana. Brakowało tylko medalu, ale wiedziałam, że kolejnego dnia na pewno na niego zasłużę. Oczywiście planowałam się wyspać. Na planach niestety się skończyło. W niedzielę o 6:00 wstałam, wzięłam prysznic, zjadłam śniadanie i starałam się myśleć pozytywnie. Pewnie czułabym się o wiele lepiej, gdyby aura była korzystniejsza. Lało. Po wyjściu z miałam nadzieję, że na starcie, o 9:00, przestanie padać... Nie przestało. 

Wokół ponad 11 000 biegaczy. Wszyscy pozytywnie nastawieni. Kolejne strefy wybiegały, a my czekałyśmy na start. Włożyłam słuchawki, szczelnie spakowałam telefon i usłyszałam odliczanie i wystrzał. 

Niebo płakało nieustannie. Wdepnięcie w pierwszą kałużę odczułam bardzo dotkliwie. Potem przestałam zwracać uwagę na ten dyskomfort. Cały czas miałam w głowie metę. Tłumaczyłam sobie, że  tak przebiegnięty półmaraton to podwójny powód do dumy. Pierwsze 3 km w tłumie były bardzo przyjemne. Nawet nie odczułam tego dystansu. Osobista walka zaczęła się jakoś po przebiegnięciu 7 km. Nudny odcinek trasy i czekający podbieg w perspektywie. To, że byłam cała przemoczona, nie miało już żadnego znaczenia. Doping płynął z każdej strony. Uśmiechy stojących na trasie osób, motywacyjne hasła i przybijanie piątek uskrzydlało. Podbiegi pokonałam. Kolejnym trudnym odcinkiem okazały się okolice 18 i 19 km. Zaczęło brakować sił. Na szczęście ostatnia prosta była mi dobrze znana. Biegałam nią wielokrotnie, chociaż nie wiedziałam, że to tu właśnie kończy się zaplanowana trasa tegorocznego półmaratonu. Na ostatnich kilometrach wiedziałam, że dokonałam cudu. Wbiegnięcie na metę zapamiętam chyba do końca życia. Pokonałam dystans 21, 097 km w 2 h 10' 23". Taki czas zaplanowałam, o takim marzyłam i cel osiągnęłam zupełnie nieświadomie. 



Dzięki temu wydarzeniu wiem, że stać mnie jeszcze na bardzo dużo. Noszę w sobie ogromne pokłady energii i nowych pomysłów, które czekają na uwolnienie i odpowiedni czas realizacji. Przekonałam się także, że mam wokół siebie wspaniałe osoby, które wspierają mnie pomimo dzielącej nas odległości i są zdolne do niemałych poświęceń! Dziękuję! To chyba najpiękniejsze, co mogę powiedzieć.

Moim dwóm wspaniałym gwiazdom- Oli i Angelice dziękuję też za wspaniałą pamiątkę, którą dumnie będę nosić na swojej ręce na pamiątkę tego magicznego dnia. 



Nie byłabym sobą, gdybym nie zaplanowała kolejnego startu. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, a ja nie lubię chodzić głodna. 

Zawsze warto próbować. Trzeba stawiać cele i dążyć do nich. Sama nadaj swojemu życiu sens. Zbieraj piękne przeżycia, abyś w przyszłości miała nad czym się pochylić i co powspominać. Pokonuj swoje słabości. Samo nic nie udaje i samo nic się nie zrobi. Ty jednak potrafisz więcej niż Ci się wydaje! Działaj!

Buziak ;*

Może Ci się także spodobać:

9 komentarze

  1. Gratuluję! :) Też wczoraj biegłam!:) Trasa była super, faktycznie, pogoda nas nie rozpieszczała, ale to jeszcze większy sukces-przebiec półmaraton mimo niekorzystnej aury! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Podziwiam i serdecznie gratuluję. Kto by nie dał rady, jak nie Ty :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej, powiedz mi jaki na moim miejscu byś kupiła program Ewy Chodakowskiej, jeśli chcę szybko schudnąć, dopóki mam na to siłę, ale też żeby udało mi się zrobić trening do końca, żeby nie był nie wiadomo jaki trudny: Sekret, Metamorfoza w 21 dni, Sukces czy Bikini ? Który polecasz ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na początku każdy będzie trudny. Zastanowiłabym się między Bikini a M21. W Bikini masz 2 wersje ćwiczeń i z czasem możesz sama przeskoczyć na wyższy poziom. ;)

      Usuń
    2. Dziękuję Martyna :) A w Metamorfozie 21 dni to te ćwiczenia działają na ciało jeśli robi się je bez piłki ? :)

      Usuń
  4. Świetnie, że prowadzisz zdrowy tryb życia. Ja wśród swoich znajomych staram się to promować, ale większość niestety podchodzi niechętnie i woli komputery..
    Jak temu zaradzić i jak mogę wyciągnąć ich na bieganie? :D
    Pozdrawiam! :*

    OdpowiedzUsuń
  5. zazdroszczę takiego samozaparcia :) ja sama biegam, ale nie tak wyczynowo i mimo, że obiecuję sobie wzięcie udziału własnie w tego typu przedsięwzięciu to niestety na obietnicach się kończy

    OdpowiedzUsuń