Wygrałam ze sobą!- metamorfoza Julii

sobota, maja 07, 2016

Już wiele razy pisałam, że odchudzanie może być naprawdę niebezpieczne. Trzeba w pewnym momencie mieć odwagę zastopować. Każda z nas dąży do jakiegoś ideału, który tak naprawdę nie istnieje. Przy okazji możemy naprawdę zrobić sobie ogromną krzywdę i wplątać się w różnego rodzaju nieprzyjemności, związane z odżywianiem.  Panująca moda na wystające kości na szczęście powoli mija. Teraz stawiamy na zdrowie!  



Jakiś czas temu napisała do mnie Julia. Szczupła i pełna energii nastolatka chciała podziękować mi za codzienną motywację i radość, którą czerpię z każdego dnia i za to, że nie popadam w paranoję. Przyjrzałam się jej profilowi, poznałam jej historię i stwierdziłam, że też musicie ją poznać! Motywacja i metamorfoza inna niż wszystkie, trudniejsza, a jednak udana. 

Zaburzenia odżywiania to ostatnimi czasy ogromny problem... Na własnej skórze przekonałam się jak bardzo bolesne mogą być te doświadczenia. Zaczyna się bardzo bardzo niewinnie...

Nigdy nie byłam gruba, a moja najwyższa waga w życiu to jakieś 54 kg przy 172 cm wzrostu. Pewnego dnia postanowiłam, że najzwyczajniej w świecie chcę trochę schudnąć i zrobić świetną formę na lato. To było mniej więcej w tym samym czasie rok temu. Zaczęło się od ćwiczeń, które bardzo polubiłam. Ograniczałam słodycze i myślałam, że odżywiam się zdrowo. Jadłam np. biały chleb i sałatka z toną oliwy. Kompletnie nie znałam się na zasadach zdrowego odżywiania. Nie wiedziałam, ile powinnam jeść. Powoli zmieniałam nawyki . Kilogramy spadały bardzo szybko, radość z każdego kolejnego była ogromna. To było najgorsze. Rodzice już wtedy zaczęli się martwić. 

Po jakimś czasie moja dieta była raczej próbami jedzenia jak najmniej. Wylewanie mleka z owsianki i dolewanie wody, warzywa na obiad, których mogłam zjeść tylko wyliczoną ilość i ciągłe ćwiczenia na spalanie kalorii. W pewnym momencie pojawiła się lekkoatletyka, moja miłość i pomocnik w “walce” z kilogramami. Bieganie oprócz tego, że stało się moją ogromną pasją, było sposobem na spalenie ogromnej ilość kalorii. 


Pamiętam moment, w którym stanęłam w stroju kąpielowym przed moimi rodzicami. Nie chcę nigdy więcej widzieć tego spojrzenia. Strach, smutek i wielka rozpacz w oczach mamy i taty, którzy oddaliby wszystko za Twoje zdrowie. Na wakacjach piłam głównie koktajle i jogurty, no i oczywiście biegałam w czterdziestostopniowym upale. Po wakacjach wróciłam do szkoły i tam dopiero zaczęło się piekło. Nie pamiętam ile razy zostałam wyzwana od anorektyczek. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że gdy się tłumaczysz, że po prostu zdrowo żyjesz (dalej się z tym zmagam), uświadamiasz sobie, że Ci ludzie mają rację... 

Taki tryb życia doprowadził do tego, że pewnego dnia na wadze zobaczyłam 41 kg (a mam 172 cm wzrostu). Chwilowa radość, a jednocześnie uczucie, że to trochę mało… Mój tryb życia nie zmienił się jednak za bardzo. Jadłam np. kostkę czekolady i znowu szłam ćwiczyć... Chciałam spalić tę kostkę, a spalałam całą tabliczkę. Moi rodzice byli już bezsilni, pamiętam ile razy widziałam łzy w ich oczach... Pewnego dnia wychowawczyni zadzwoniła do mojej mamy, bo nawet nauczyciele się martwili… Wtedy trafiłam do dietetyka, poszłam tam ale wcale nie miałam ochoty na tycie. Przed wizytami wypijałam strasznie dużo wody i nakładałam pełno ciuchów, telefon zawsze miałam w kieszeni, żeby tylko ważyć więcej. Udawało mi się to bardzo długo. Codziennie kładłam się spać i mówiłam sobie, że jutro zjem więcej, bo przecież te dziewczyny z Instagrama, które obserwuję, jedzą i wyglądają super. Ja uważałam się za grubą. Mijały tygodnie… Biegałam… Nie jadłam prawie niczego... W tej chorobie trwałam dobrych parę miesięcy, prawie rok.



Potem zaczęło kolejne piekło, a mianowicie jedzenie dosłownie wszystkiego. Po długim czasie głodowania mój organizm nie wytrzymał. Kiedyś też się to pojawiało, ale nazywałam to raczej “dniem oszusta” i byłam na siebie wściekła, że nie umiem wytrwać w moich głodówkach i potem przez jakiś czas jadłam jeszcze mniej, za karę. Tym razem już tak nie było, dałam sobie szansę, mimo tego że często płakałam, złościłam się i kłóciłam. Próbowałam wrócić do “zdrowego” jedzenia, ale nie miałam żadnych hamulców, kupowanie paru czekolad, drożdżówek, tony orzechów, ciastek itp... Nowa codzienność. To był równie ciężki okres, gdyż nie było mowy o kontroli. To straszne gdy widzisz jak ciało w zaskakującym tempie tyje i wraca do starej sylwetki. Jednocześnie żałuję tego, że przytyłam przez właśnie takie napady, to widocznie była to dla mnie jedyna szansa i możliwość wyzdrowienia. Takie niekontrolowanie jedzenie trwało krótko, ale przywróciło mi starą wagę. 

Na szczęście nadszedł też lepszy okres, w którym trwam do dziś. Anoreksja i napady odeszły daleko, co prawda niedawno jeszcze bywały dni, w których jadłam trochę za mało lub trochę za dużo, ale nie ograniczałam się i pozwalałam organizmowi odbudować to, co mu zabrałam.


Kim jestem dziś? Dziewczyną, która wyszła z najtrudniejszej choroby współczesnych nastolatek, dziewczyną, która porzuciła bieganie i karierę lekkoatletki, na rzecz zdrowia i szczęścia. Zaczęłam współpracować z nową trenerką i dietetykiem, zapisałam się na siłownię i spełniam swoje marzenia. Chcę być zadowoloną z życia dziewczyną, która nie waży już 40 kg, je naprawdę zdrowo, nie głodzi się i kocha trening siłowy. Aktualnie rozpoczynam przygodę z masą i mam nadzieje, że uda mi się zbudować jeszcze trochę mięśni. Wszystko pod okiem specjalistki. Nie chcę się już wplątać w żadne zaburzenia.

Mam 16 lat i wiem, że przeszłam dużo więcej niż moje koleżanki. Wiem też, że stałam się silną dziewczyną, która kocha swój dom- ciało. Moja historia nie ma być próbą chwalenia się tym, że wyzdrowiałam, ale apelem do młodych dziewczyn. Lato coraz bliżej i wiele z nas goni gdzieś za wymarzoną sylwetką. W głodzeniu się i treningu dziewięć razy w tygodniu nie ma niczego z bycia “fit”. To ma być pasja i radość, a nie kara i męka. Prawdziwe bycie “fit” to czysty umysł, a nie myśli o niejedzeniu. Z anoreksją da się wygrać, a życie bez niej wygląda naprawdę wspaniale. Wypadające włosy, zimne ręce i płacz nie muszą być stałym elementem Twojego życia. Dziewczyny, da się z tego wyjść! Każda z Was może to zrobić.

Nie wchodź do tego szarego i smutnego świata, bo lepiej jest ważyć 5 kg więcej, mając uśmiech na twarzy. Osiągnąć sylwetkę swoich marzeń można za pomocą prawdziwego, zdrowego jedzenia i dobrze dobranego treningu, który sprawia radość

Daj sobie pomóc i przyjmij dłoń, która Ci ją oferuje. 

W głębi serca wierzę, że problemy z odżywianiem nie dotyczą Ciebie. Cieszę się, że przeczytałaś wypowiedź Julii. Wbrew pozorom sporo w niej pozytywnej energii. Z każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji zawsze jest wyjście. Kluczem do sukcesu jest równowaga i znalezienie własnego złotego środka. 

Jeżeli jednak poczułaś, że Twoja własna historia może mieć cokolwiek wspólnego z historią bohaterki, przeczytaj jeszcze rady, dotyczące walki z zaburzeniami oparte na jej doświadczeniach. 

Jak zacząć walkę z chorobą ?

Przyznaj się sama przed sobą, że masz problem. Musisz wiedzieć, że Twoje zachowanie i nawyki nie są zdrowe, a Twój organizm okropnie cierpi! 
Nie oszukuj samej siebie. Walkę z chorobą prowadzisz dla SIEBIE! Nie dlatego, że ktoś się z Ciebie nabija. Zrozum powagę sytuacji. 

Porozmawiaj z kimś o tym. Mimo, że wielu znajomych i rodzina widzi problem, nie są w stanie pomóc, jeśli Ty tego nie chcesz. Poproś kogoś, aby był z Tobą i wspierał Cię w walce z chorobą. Jeśli bliscy będą obok, będzie Ci o wiele łatwiej.

Bądź konsekwentna w swojej walce. Zrób wszystko, aby ją wygrać. Garść niedorzuconch do owsianki orzechów lub unikanie oleju do smażenia naprawdę nie poprawi obecnej sytuacji. Pielęgnuj swój stosunek do jedzenia, nie wyrzucaj go i nie marnuj. Nie zwracaj uwagi na to, że inni jedzą mniej. Każdy z nas ma inne zapotrzebowanie kaloryczne. Myśl w ten sposób: oni są zdrowi, ja jestem chora. Muszę wyzdrowieć i będę jeść normalnie. 

Już na początku uświadom sobie, że naturalną koleją rzeczy jest przytycie i zmienienie rozmiaru spodni. Nie da się wyzdrowieć bez jedzenia i dodatkowych kilogramów. Zaakceptuj to, że ciało się zmieni, a ty w końcu staniesz się pełną kształtów kobietą. Mi było bardzo ciężko, gdy widziałam, że ulubione spodnie stają się za ciasne, a kości "znikają". Musisz odbudować organizm. Nie bój się tego i błagam NIE STAWAJ NA WAGĘ CODZIENNIE, bo będziesz niepotrzebnie panikować!

Nie bój się specjalistów! U mnie obyło się bez psychologa czy psychiatry, ale nie każdy jest w stanie działać na własną rękę. Ja miałam ogromne wsparcie. Taki lekarz to żadna ujma, on leczy Twoją lekko obitą psychikę, tak jak chirurg rękę.

I najważniejsze, uwierz mi, że nie staniesz się nagle hipopotamem, owszem na wadze będzie więcej, ale to nie oznacza, że będziesz otyła. Nikt nie każe Ci tyć w nieskończoność... To tylko okres przejściowy. Szybko zauważysz pozytywne skutki zmian. Włosy zaczną rosnąć jak szalone (ciągle mam na głowie koronę z “babyhair”), paznokcie będą w lepszym stanie, a twoja przyjaciółka w końcu powie “ jak dobrze, że z tego wyszłaś, bo kiedyś bałam się tych wystających kości, gdy z tobą rozmawiałam”.

Trzymam kciuki, 
Julia 

Julia, 
gratulowałam Ci już przy każdej możliwej okazji. Nie zaszkodzi jak zrobię to raz jeszcze! Jesteś młodą i silną dziewczyną, która wiele osiągnęła i wiele osiągnie. Trzymam kciuki za spełnienie marzeń. Wiesz, co robić! 

Lubisz poznawać historie innych wojowniczek? Daj znać koniecznie, jak podoba Ci się taka forma motywacji. 

Buziak ;*

Może Ci się także spodobać:

4 komentarze

  1. Julia,jestem pod ogromnym wrażeniem... Jestem w tym samym wieku i dziękuję Bogu ,że ja nie musiałam tego przechodzić. Dziękuję,że podzieliłaś się z nami swoimi przeżyciami:) Trzymaj się! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratuluję Ci z całego serca. Domyślam się co przeszłaś, gdyż sama nadal toczę walkę zaburzeniami odżywiania. Mam nadzieję, że i ja kiedyś będę miała powody do dumy, tak jak Ty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam za Ciebie kciuki z całych sił! Pamiętaj, że wszytsko jest możliwe 💪🏻 Nie poddawaj sie i dąż do zdrowia i marzeń. Pozdrawiam 💞

      Usuń