Moja droga do PÓŁMARATONU

poniedziałek, września 05, 2016

Biegową historię już kiedyś tu opisywałam. Sporo się jednak zmieniło, zrobiłam postęp, o którym chcę Ci dziś opowiedzieć. Myślisz, że przebiegnięcie ponad 21 km jest niemożliwe? Udowodnię Ci dziś, że się mylisz. 



Połowa królewskiego dystansu- 21,0975 km. Na początku mojej przygody z bieganiem myśl, że mogłabym tyle przebiec, nawet nie śmiała pojawić się w mojej głowie. Ta dyscyplina od dziecka była przeze mnie znienawidzona. Małą Martynkę przed lekcjami wychowania fizycznego zawsze bolał brzuch. Zaklinała pogodę, pragnęła deszczu... Na rozgrzewkę 5 kółek, potem sprawdzian na 800 m, a może przełaj, czy test Coopera (12 minut ciągłego biegu)? Na zakończenie oczywiście spokojny trucht na wyciszenie. Tak wyglądały praktycznie każde zajęcia wf'u w podstawówce, a przynajmniej ja je tak zapamiętałam. Bałam się. Nie wiem, czy bardziej przerażał mnie wysiłek, czy to, że zawsze trzeba było na mnie czekać. Ciężko mi było znaleźć parę do wyścigów, bo nikt tak wolno nie biegał. W sztafecie też byłam niezbyt mile widziana. Myślę, że miałam konkretne powody, aby tej dyscypliny nie darzyć żadnym uczuciem. Dziwiłam się biegaczom. Nie rozumiałam fenomenu tego wybiegania w słuchawkach i dreptania po chodniku. Bez sensu. 

Po podstawówce był spokój. W gimnazjum nie biegałyśmy za wiele- na szczęście. Koszmar wrócił w liceum. Najtrudniejszym zadaniem było zaliczenie biegu dookoła jeziora- dystans około 2500 m. Nie pamiętam dokładnie limitu czasu, ale wydaje mi się, że było to coś koło 15 minut, może trochę więcej. Tak czy siak- masakra. Na szczęście z tym tylko trzy razy odczułam dotkliwie ten sprawdzian. Dwa razy w pierwszej klasie i raz w drugiej. Dlaczego? W styczniu 2014 roku zaczęłam swoją walkę o lepszą siebie. Zaczęłam ćwiczyć w domu, gubić kilogramy, lepiej się odżywiać. Wiosną 2014 przebiegłam ten dystans z uśmiechem na twarzy. Wolno, bo wolno, ale pierwszy raz bez przerwy. Zaliczyłam za pierwszym razem po raz pierwszy. 

Wiosną 2014 wszystko się właśnie zaczęło. Zaczęłam raczkować w bieganiu. Wybierałam tę aktywność wtedy, kiedy nie miałam ochoty ćwiczyć w domu. Musiałam naprawdę chcieć wyjść i pobiegać. Pamiętam pierwsze wybiegania- 2-3 km... Potem pierwsza piątka- niezapomniany bieg w listopadowy wieczór. Cieszyłam się jak wariatka. Ostatni odcinek biegłam mijając korzenie po ciemku. Nie mogłam i nie chciałam odpuścić. Radość nie do opisania. Pierwsze pokonane 10 km przyniosło jeszcze więcej satysfakcji. Przebiegłam je na bieżni, takiej bieżni, po której w podstawówce nie cierpiałam biegać. Kręciłam kółeczka po kamieniach aż usłyszałam upragnione 10 km w słuchawce. Endorfiny wzięły górę. Od tamtej pory raz biegałam, raz nie. Nie mogę mówić o żadnej regularności. Wychodziłam wtedy, kiedy chciałam, bez przymusu. 

Poważnie zrobiło się dopiero po przyjeździe do Poznania w październiku. Wyszłam raz, drugi... Podreptałam po chodnikach i spodobało mi się. 8, 10, 12 km... Rosłam w siłę. Razem z koleżanką postanowiłyśmy zapisać się w grudniu na 9. PKO Półmaraton w Poznaniu. Postawiłam sobie cel- w każdym tygodniu wybiegać najmniej 10 km (trwam w nim do dziś). Do kwietnia miałyśmy czas na zrobienie formy. Ja do tego czasu biegałam regularnie. Kilka dłuższych wybiegań, w tym jedno na 18 km, jeden dystans półmaratonu. Tempo luźne- ponad 6 minut na kilometr, 6:20- 6:40. Bez szału. Miało być przyjemnie! Pierwszy półmaraton w ulewie pokonałam w 2 h 10 min 23 s. Było mnóstwo kryzysów, jednak atmosfera podczas biegów masowych jest nie do opisania, a motywacja szybuje w kosmos, kiedy widzimy tysiące biegaczy obok. Każdy ma jeden cel- dobiec. 






Po ukończeniu biegu w Poznaniu czekałam na zapisy na wrześniową połówkę w Pile. Od razu wykupiłam pakiet, chociaż wiedziałam, że wakacje i letnie temperatury na pewno nie będą sprzyjały mojej motywacji do biegania. Wolę biegać mroźną zimą, niż dusznym latem. W czerwcu wybiegania robiłam o 5:30-6:00 rano lub razem z Jackiem ok. 22:00, aby nie mierzyć się z upałem. W lipcu i sierpniu było różnie. W lipcu pokonałam najdłuższy dystans w moim życiu 25 km. W dobrym towarzystwie naprawdę wszystko jest możliwe, a moi biegowi partnerzy są naprawdę wspaniali. 



Jakaś tam regularność w wakacje jednak też była. Starałam się raz w tygodniu zrobić cokolwiek. Raz się udawało, raz nie. Domowe treningi też zrobiły swoje i nie pozwoliły formie cofnąć się. W dwa ostatnie tygodnie przed połówką zrobiłam sporo kilometrów. Wystarczyło. Piłę przebiegłam w 2 h 9 min 21 s. Minuta poprawy jak na marne treningi jest na wagę złota!


Zapomniałam wspomnieć o tym, że bieganie to nie jest mój konik i moja bezwarunkowa miłość. Nie sprawia mi ono takiej przyjemności jak ostry wycisk w domowych warunkach. Uwielbiam potreningowe endorfiny, łamanie własnych czasów, granic, dystansów... Mogłabym jednak bez tego żyć. Nie mam się za biegacza, wiec takie czasy są dla mnie nie lada wyczynem. W przyszłym roku złamię 2 h!

Planów mam mnóstwo. Marzy mi się 5 półmaratonów zaliczanych do Korony Polskich Półmaratonów. Nie chodzi mi nawet o ten dodatkowy medal. ale o satysfakcję z kolejnego osiągniętego celu! Trzymajcie kciuki i nie bójcie się próbować! 

ZAPRASZAM DO LEKTURY:
  • MOJEGO WPISU Z PORADAMI NA TEMAT BIEGANIA- KLIK
  • WPISU JACKA NA TEMAT BIEGANIA Z ASTMĄ- KLIK
  • RELACJI Z POZNAŃSKIEGO PÓŁMARATONU- KLIK

Buziak ;*


 





Może Ci się także spodobać:

7 komentarze

  1. też w szkole nienawidziłam biegać. a teraz uwielbiam.

    gratuluję i życzę kolejnych sukcesów :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja się bieganiem zaraziłam właśnie od Ciebie! :) Zawsze chciałam, zawsze mi się podobało, jednak blokował mnie wstyd (brzmi teraz zabawnie!). Teraz mijam ludzi z uśmiechem, bo robię to, co sprawia mi przyjemność!

    OdpowiedzUsuń
  3. A mozesz napisac post o Twojej przygodzie z silownia? :D jesten bardzo ciekawa i czekam ja relacje :3

    OdpowiedzUsuń
  4. Gratulacje i nic tylko komplementy! :) Jestem pełna podziwu.

    U mnie bieganie musi być za czymś, gdyż inaczej szybko się nudzę. Dlatego, gdyby były biegi z piłką do kosza, albo przeplatane ćwiczeniami to szybko bym się zapisała :)

    OdpowiedzUsuń
  5. ile razy biegasz w tygodniu? Próbuję łączyć treningi z Ewa i bieganie, ale ciężko jest, bo nie potrafię w 100% zrobić każdego z tych treningów. Za bardzo jestem zmęczona... Biegasz w dni, w które nie ćwiczyć czy jak to wygląda?! Może mam za mało jeszcze wypracowanej siły i formy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Biegam raz/ dwa razy w tygodniu :) Nie łacze treningów z Ewa z bieganiem- jedno albo drugie. :)

      Usuń
  6. Bardzo fajny wpis :) Też miałam podobne skojarzenia z wf w szkole. Mimo ogólnej sprawności biegi zawsze były dla mnie i najtrudniejsze i najnudniejsze. A ostatnio spontanicznie zapisałam się na półmaraton wraz z kolegami z pracy. Przygotowywałam się przez... 3 miesiące. Przebiegłam TYLKO 73km w tym czasie, a później 21km na półmaratonie! Potwierdzam, że to niesamowite wydarzenie. Niedługo coś napiszę o tym na moim blogu, więc zapraszam! http://oswajam-nieznane.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń